Matką być, czyli co ja sobie w ogóle myślałam!?

Macierzyństwo to przywilej, to pełnoetatowa praca, to stan ducha. Jak wszystko w przyrodzie, ma swoje blaski i cienie. To, czy daje spełnienie zależy od bardzo wielu czynników. Jednym przychodzi łatwiej, innym sprawia nie lada problemy. A jak jest u mnie? Czego oczekiwałam decydując się na bycie mamą i co macierzyństwo przyniosło konkretnie mnie?

 

matką być, kobieta, mama, ciąża

 

Przewrotność losu

Kiedy zaraz po ślubie zaczął spóźniać mi się okres i myślałam, że jestem w ciąży, pierwsze pojawiło się przerażenie. No bo, jak to tak? Teraz? Od razu? A gdzie czas tylko dla nas dwojga? Gdzie wspólne snucie życiowych planów? Gdzie miejsce na odrobinę szaleństwa? Ale gdy okazało się, że to był fałszywy alarm, euforia jakoś się nie pojawiła. Zamiast niej było coś na kształt smutku. Ten smutek przyniósł nagłą życiową mobilizację, bo oboje z M uznaliśmy, że skoro nasza reakcja była taka, a nie inna, to może jednak jesteśmy gotowi na powiększenie rodziny. A że oboje jesteśmy ludźmi czynu, sprawy potoczyły się szybciutko, choć nie aż tak szybko, jak sądziliśmy. 

No właśnie, tu pierwsze spostrzeżenie: kiedy próbujesz zajść w ciążę, wcale (albo po prostu nie zawsze i nie u wszystkich) nie jest to takie proste. Śmialiśmy się z M, że gdybyśmy mieli po 16 lat, pewnie „wstrzelilibyśmy się” za pierwszym razem. Ale nie ma co marudzić, bo i tak poszło nam całkiem sprawnie. 

 

„Magiczne” 9 miesięcy

Ten kto użył słowa „magiczne” do opisania miesięcy oznaczających ciążę, nie miał chyba porannych mdłości. No właśnie - poranne mdłości! Kto, do licha, nazwał je porannymi?!? Przecież bywały dni, gdy niedobrze było mi praktycznie 24 godziny na dobę! A wrażliwość na zapachy? Brak apetytu? Wszechogarniająca senność? Bolesność, czy jak to się ładnie nazywa - tkliwość piersi? 

Dobra, dobra. Powiecie mi pewnie, że to kwestia pierwszego trymestru. Potem jest już tylko lepiej. Oj, tak. Pomijając niektóre kobiety, będące wyjątkiem potwierdzającym regułę, faktycznie mdłości mijają. W ciągu dnia energia do działania też jakby większa, ale popołudnia i wieczory to nadal totalny „zjazd”. 

U mnie, dodatkowo, nasiliła się choroba lokomocyjna, co skutecznie uprzykrzało mi wszelkie, bliższe i dalsze wycieczki. Brzuch, początkowo praktycznie niewidoczny, zaczął „wyłazić”, żeby w końcu urosnąć do niebotycznych rozmiarów. Wiecie jakie to frustrujące nie móc obciąć sobie paznokci u stóp? Albo zawiązać butów? Do tego czasem puchną nogi, albo przynajmniej stopy. I kręgosłup daje o sobie znać. Ciągłe chodzenie na siusiu i niedosyt wygodnego spania to kolejna sprawa. 

Pewnie mogłabym tak wymieniać jeszcze jakiś czas. Niektóre z tych uroków stanu błogosławionego są powszechnie znane, o innych nie mówi się tak często i chętnie. No i pamiętajcie, że wszystko ładnie, pięknie, jeśli ciąża przebiega prawidłowo. Co jakiś czas trzeba znieść badanie krwi, nasiusiać do kubeczka, wypić „przepysznego” drinka z glukozą i cieszyć się urokami tego stanu. 

Gorzej, gdy nie wszystko jest w należytym porządku i na przykład, trzeba leżeć. Możecie mi wierzyć lub nie - przymusowe leżenie wcale nie jest fajne!   

 

Cud życia

Ale niezależnie od tego, jak bardzo uporczywe są mdłości, jak często przytrafiają się wymioty, bóle głowy, albo jak często biega się do toalety, jest coś, co powoduje, że wszystkie te dolegliwości całkowicie tracą na znaczeniu. Nawet to ciągłe leżenie da się znieść. Bo jest ona - świadomość, że dzięki nam powstaje nowe życie! 

I tak, każde USG było tysiąc razy lepsze, niż przedpremierowy pokaz oskarowego hitu. Każde jeszcze bardziej zbliżało nas do maleńkiej istoty, która rosła i rosła, całkowicie zmieniając nasz świat. Poza tym, Młody zaczął być dla mnie „wyczuwalny” - najpierw były to różne bulgotania i takie jakby łaskotki, coś jakby mieć rybki w brzuchu. A potem to już regularne kopnięcia. Ale to fantastyczne uczucie! Pomijając momenty (niestety, wraz z upływem czasu, coraz częstsze) obrywania pod żebra, „skakania” po pęcherzu, obrywania w wątrobę i tak dalej.  Wiecie jak we znaki potrafi dawać się czkawka maluszka, który już ułożył się głową w dół i zaczyna wpasowywać się w kanał rodny? :) 

 

 

Oczekiwanie i....

Przy pierwszej ciąży poród mnie zaskoczył. W sumie, mimo posiadanego doświadczenia i lepszej opieki lekarskiej, można powiedzieć, że zaskoczyły mnie wszystkie trzy. Każdy trochę inaczej. Nie będę się rozpisywała o trudach porodu, bo każda z nas odczuwa to inaczej. Mnie akurat los oszczędził i przeżyłam 3 porody siłami natury, bez znieczulenia. Wszystkie trzy błyskawiczne. Ale rozumiem, że dla niektórych kobiet to, nie bójmy się użyć tego słowa, przeżycie traumatyczne. Dla mnie istotne było to, że na końcu tych zmagań czekała na mnie nagroda w postaci małej, różowej kluseczki. Matka Natura robi swoje, działają hormony, a organizm przestawia się w nowy tryb działania.

 

Matka mode-on, ale...

To doprawdy niesamowite, jak bardzo pojawienie się dziecka na świecie potrafi zmienić kobietę. I to zaledwie w parę godzin. Natura to jednak zmyślne zwierzę i świetnie to wszystko przemyślała. Ale, żeby nie było tak cukierkowo! 

Po pierwszym porodzie myślałam, że coś jest ze mną nie tak. Przecież każda matka spoglądająca na swoje nowonarodzone dzieciątko widzi coś najpiękniejszego w świecie! No właśnie, coś. Gdy patrzyłam na mojego pomarszczonego, umorusanego synka (inna sprawa, że w inkubatorze), czułam morze przepełniającej mnie miłości, ale żebym uważała, że jest piękny? Cudowny owszem, ale śliczny? Raczej niespecjalnie. Czy to znaczy, że jestem wyrodną matką? A może to już początki baby blues'a

Na szczęście, w kolejnych dniach (i przy kolejnych porodach) miałam okazję przekonać się o dwóch rzeczach. Po pierwsze, nie jestem osamotniona w takim myśleniu. A po drugie, po kilku dniach dzieci są już o wiele ładniejsze. Po kilku tygodniach uważałam już, że moje dziecko jest, z pewnością, najpiękniejsze i najdoskonalsze na całym świecie! :) 

 

Zdjęcie: Kaboompics.com

Komentarze
Dodaj komentarz
Aktualnie brak komentarzy dla wpisu