Dlaczego tata może polubić Urząd Skarbowy

Więź malutkiego dziecka i matki jest oczywista. Młodemu ojcu jej zbudowanie zajmuje zdecydowanie więcej czasu i jest to nieporównanie trudniejsze. Dlatego jestem wdzięczny Urzędowi Skarbowemu. Bo bardzo mi w tym pomógł!

 

felieton-US-duze

 

Jest niedziela ósma rano. Leżę sobie jeszcze pod ciepłą kołdrą i spod spuchniętej powieki obserwuję dokazującą Księżniczkę. Księżniczka ma już 3,5 roku i jest żywym dowodem na to, że imię determinuje charakter. Jest absolutną samosią i wszystko musi robić sama i tylko sama. Inaczej wywołuje wręcz dzikie awantury. Nawet nie chcecie wiedzieć co się działo, gdy ostatnio rozpiąłem pasy jej samochodowego fotelika, bo trzeba było szybko wysiadać żeby nie blokować ruchu. Zresztą powiem wam. Po pięciu minutach ogłuszającego wrzasku zapiąłem pas z powrotem a ona dumna z siebie, rozpięła go osobiście i dopiero wtedy wysiadła z samochodu.

Ale wracając do błogiego niedzielnego poranka. Obok śpi poświstując przez nos, moja ukochana M. Śpi snem sprawiedliwego i nie ma takiej siły, która by ją zmusiła do wstania w weekend wcześniej niż o 9.30. Nie da się tego uzyskać ani przy zatrudnieniu kompanii trębaczy z sygnałówkami, ani nawet przy pomocy największego buldożera świata. Nie ma takiej siły i już.

Księżniczka wie o tym doskonale i nawet nie próbuje ściągnąć z łóżka rodzicielki. Za to nie ma najmniejszych wyrzutów sumienia, żeby budzić mnie. Ma świadomość, że ja się zwlokę i wykorzystuje to bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Dlatego właśnie mam opuchnięte oko. Kilka minut po szóstej Księżniczka niczym mantrę zaczęła wygłaszać hasło: "tata jeść, tata jeść" a jej palce zaczęły unosić na siłę moją lewą powiekę. Przy czym jeden wbił się w twardówkę z siłą młota pneumatycznego. Wizyta u okulisty gwarantowana.

Wymamrotałem pod nosem, że już idę, na co usłyszałam rezolutne: "to ty sobie jeszcze pośpij bo ja sobie poradzę!". No piekło i anieli! Zaciskam zęby z bólu, który powoduje, że Morfeusz już mnie porzucił bezpowrotnie. Z braku innego zajęcia nasłuchuję więc co się będzie działo dalej. Najpierw kuchnia. Skrzypienie drzwi od lodówki i dźwięk upadającego na podłogę pudełka z serkiem homogenizowanym. Po chwili szuflada ze sztućcami i brzęk oznaczający poszukiwania łyżeczki. Kolejny etap to tupot małych stóp i włączanie telewizora w salonie. Pudło ma już niestety swoje lata i ostatnio pewne narowy przejawiające się tym, że przez kilka pierwszych minut od uruchomienia emituje wprawdzie głos, ale absolutnie nie chce pokazywać obrazu.

Nie zrażona przeciwnościami najpiękniejsza córka świata wróciła do sypialni i zasiadła na paskudnym żółtym krzesełku firmy o krótkiej nazwie, zaczynającej się na literę "I", z którego z regularnością szwajcarskiego zegarka wypadają nogi (kto robi to badziewie!), przy stoliku, który jest jej stanowiskiem do prac artystycznych. Lewą ręką wsuwa serek a prawą tworzy świecowymi kredkami na zielonej kartce kolejne dzieło, które godne jest by zawisnąć przynajmniej w Muzeum Narodowym. Pod nosem podśpiewuje piosenkę o tym, że "zima coś tam skuła wodą(?!)", a po chwili opowiada "swojej przyjaciółce" bajkę o księciu zamienionym w żabę. Radzi sobie świetnie i kompletnie nie potrzebuje niczyjej opieki, zwłaszcza, że już wyjęła z szuflad ubranie, które dziś założy. Właśnie to i żadne inne! W przypadku jakichkolwiek uwag rodziców sąsiedzi z całego bloku usłyszą jej zdecydowany bunt, od którego zadrżą szyby w oknach, a szklarze będą mieli zatrudnienie przez najbliższy tydzień. (cholera, chyba powinienem zacząć brać procent od ich zysków).

A przecież pamiętam jakby to było wczoraj. Księżniczka miała dwa miesiące gdy M. dostała wezwanie do natychmiastowego stawiennictwa w Urzędzie Skarbowym by wyjaśnić sprawę nie cierpiącą zwłoki. Na władzę nie poradzę, a Urząd Skarbowy władzą jest, więc chcąc nie chcąc musieliśmy się poddać. Rzecz w tym, że Najważniejszy Urząd znajduje się na dokładnie drugim końcu miasta co oznaczało, że muszę się zająć Księżniczką przez przynajmniej cztery godziny. (Dwie na podróż w obie strony i kolejne dwie poświęcone na radosne rozmowy z najbardziej przychylnymi urzędniczkami świata). A przecież mała funkcjonuje najlepiej przy mamie. Wyzwanie jak stąd do Wieczności!.

Rozwiązanie okazało się nad wyraz proste. M. uspała Księżniczkę a ja wciągnąłem do dużego pokoju spacerówkę, w której ją umieściłem. Gdy tylko uchylała oczy stawałam na głowie: bujałem, śpiewałem nuciłem, biegałem z wózkiem dookoła stołu i robiłem wszelkie możliwe wariactwa, żeby spała dalej i dotrwała w stanie nieświadomości do szczęśliwego powrotu mamy. Sukces został osiągnięty co wspominam do dziś z rozrzewnieniem i pewną zazdrością.

A Urząd Skarbowy? Okazało się, że Panie Urzędniczki pomyliły się przystawiając pieczątkę nie w tym miejscu, w którym powinny. Ale dzięki temu nauczyłem się, że nie trzeba się bać zostania z dwumiesięcznym dzieckiem sam na sam. Trzeba się tylko wykazać pewną dozą inwencji i pomysłowości. No i nie miało to konsekwencji w postaci wizyty u okulisty, u którego zostawię zapewne połowę wypłaty!

 

Zdjęcie: Fotolia by © Monkey Business All rights reserved

Komentarze
Dodaj komentarz
Aktualnie brak komentarzy dla wpisu